Czy przed Stanami Zjednoczonymi i Chinami jest jakaś szansa na pokojowe współistnienie?
Wspólny artykuł (America and China at the Edge of Ruin) na ten temat opublikowali dwaj emerytowani i utytułowani uczeni - Amerykanin David M. Lampton i Chińczyk Wang Jisi. Dostrzegają zagrożenia, ale widzą też przed Waszyngtonem i Pekinem pewne szanse. Przekonują jako 80-latkowie, że lepiej od młodszych pamiętają czym kończy się brak współpracy amerykańsko-chińskiej oraz jak wyglądają konflikty obu krajów, nawet te toczone na terytorium państw trzecich. Liczba ofiar amerykańskich i chińskich wojny na Półwyspie Koreańskim była ogromna, ale poszła na marne, bo w sumie konflikt zakończył się tam, gdzie się rozpoczął, czyli na 38 równoleżniku dzielącym Północ od Południa Korei. Podobnie było w Indochinach. Amerykanie starli się z Chińczykami przede wszystkim podczas krwawej wojny w Wietnamie, choć Pekin wysłał tam raczej instruktorów i inżynierów niż frontowe jednostki sił zbrojnych.
Poza pamięcią o konfliktach istnieje tez, jak przypominają autorzy, pewien wzór resetu. Chodzi im oczywiście o normalizację amerykańsko-chińską, której architektem na początku lat siedemdziesiątych XX wieku byli Henry Kissinger i Zhou Enlai, a która następnie zaakceptowana została w 1972 roku przez Richarda Nixona i Mao Zedonga. Jest tylko jedno zastrzeżenie, o którym trochę zapominają: ówczesny układ amerykańsko-chiński zawarty został przeciwko wspólnemu przeciwnikowi, za którego uznano Związek Radziecki. Teraz takiego przeciwnika na horyzoncie nie widać, a jego brak nieszczególnie pozwala na uznanie współpracy za priorytetową sprawę.
Wang i Lampton wskazują, że znów pojawia się szansa na taki reset, a nawet zbliżenie, przywołując jesienne spotkanie Trumpa i Xi w Korei Południowej. Widzą też postępy po stronie amerykańskiej. Za czasów poprzedniej prezydentury Donalda Trumpa w strategii bezpieczeństwa narodowego USA z 2017 roku mówiło się o ChRL jako jednym z kluczowych zagrożeń dla interesów Waszyngtonu. W strategii aktualnej, niedawno ogłoszonej, Chiny praktycznie nie są w takim kontekście wymieniane.
„Jeden ciepły dzień nie oznacza końca zimowych mrozów, ale to zawsze jakiś początek”
- piszą profesorowie.
Największym problemem dla obu mocarstw jest wzajemna nieznajomość. Od czasów pandemii koronawirusa ograniczono bowiem znacznie kontakty między nimi, także na poziomie ludzi nauki, dziennikarzy czy ekspertów. Nie ma zatem zrozumienia dla procesów zachodzących u rywala.
„W Waszyngtonie Chiny są zazwyczaj przedstawiane jako główne wyzwanie systemowe dla globalnego przywództwa USA, ich przewagi technologicznej, dominacji ekonomicznej i norm demokratycznych. W Pekinie zaś Stany Zjednoczone postrzegane są jako najważniejsza przeszkoda na drodze do rozwoju Chin, kraj podejmujący próby podkopania Chińskiej Partii Komunistycznej i zachowania swej hegemonii pod hasłem ‚America first’, ale kosztem Chin”
- piszą autorzy.
Poza błędnym przypisywaniem intencji drugiej stronie jest jeszcze jedno utrudnienie: błędne prognozy.
„Niektórzy amerykańscy obserwatorzy sadzą na przykład, że struktura polityczna Chin drastycznie się zmieni, na podobieństwo przemian, które doprowadziły do upadku Związku Radzieckiego. Jednocześnie wielu analityków chińskich wierzy, że Chiny wrótce dogonią Stany Zjednoczone pod względem ekonomicznym, technologicznym i wojskowym. W rzeczywistości żaden z tych scenariuszy nie jest prawdopodobny. Takie błędne postrzeganie wpływały już nie raz na określone działania i politykę, szkodząc długofalowym interesom obu krajów”
- czytamy w tekście. Czekamy zatem na kwietniowy szczy Xi - Trump.